Czy warto chodzić na kursy fotografii?

Pierwszą lustrzankę dostałam w wieku 14 lat. Wtedy zaczęła się moja przygoda z fotografią. „Bawiłam się aparatem” będąc totalnym laikiem. Im lepsze chciałam zrobić zdjęcie, tym bardziej rozumiałam że nic na ten temat nie wiem.  Wkurzałam się, że „zdjęcia nie wyglądają tak jak ja to widzę”. Rzuciłam aparat w kąt. Dopiero w Edynburgu znalazłam kurs, który otworzył mi oczy.

Niezły prezent dostać lustrzankę, gdy się ma 14 lat. Nikon D40, teraz już dinozaur, 12 lat temu to było coś… „Wow lustrzanka, to takie coś czego używają „prawdziwi” fotografowie” – myślałam.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zdjęcia trzeba umieć robić. Aparat był duży (w porównaniu do cyfrówek), miał 2 obiektywy i flesz- no i tryb automatyczny. Na tym moje wnikanie w funkcje się skończyło. Robiłam zdjęcia koleżanką, kwiatkom, psom- wszystkiego co jest możliwe. Moja koleżanka pokazała mi co to Photoshop, i mając 15 lat zaczęłam w nim grzebać. Odkryłam, że można ulepszyć kontrast, cienie i dużo innych bajerów na zdjęciu. Nie brałam fotografii na poważnie, a więc nie zgłębiałam się za bardzo co po co i dlaczego.

Po prostu mnie to fascynowało.

Kadr i świat, który widziałam swoimi oczami, różnił się od zdjęć. Znasz to?

 Nie wiedziałam czemu obiekty które widzę, na zdjęciach wyglądają inaczej. Były za ciemne, za jasne, miały inny kształt. Zaczęłam szukać odpowiedzi. Standardowo YouTube i inne poradniki. Bo tam przecież jest „wszystko”, i nic. Próbowałam przyswoić wszystkie zależności między ISO, przysłoną, czasem naświetlania, jak uzyskać taki a nie inny efekt. Próbowałam, ale nie umiałam tego wprowadzić w życie. Zawsze coś było nie tak, a nie było się kogo zapytać o co tu chodzi.

Koniec końców lustrzanka poszła w kąt.  Tak, to właśnie Ja i mój słomiany zapał.

Gdy przyleciałam do Edynburga od razu zadałam sobie pytanie „Czemu nie wzięłam ze sobą aparatu?”

Co chwila stawałam i powtarzałam sobie „Ooo, tu by było mega zdjęcie, tu też, ale fajny cmentarz…” Następny przyjazd do Polski, i lustrzanka wróciła razem ze mną do Szkocji. Od razu ruszyłam na podbój miasta. Na scenerię w Szkocji nie ma co narzekać, więc naprawdę miałam co robić.

Po jakimś czasie odważyłam się pokazać swoje zdjęcia kilku fotografom. Usłyszałam że „mam oko” , „zdjęcia mają klimat”, i że dobrze mi idzie. Skoro tak, to chyba warto się nauczyć czegoś więcej?

Z technicznego punktu widzenia byłam w czarnej dupie.

To jak z tymi kursami?

 Słyszałam różne opinie o kursach, więc postanowiłam przekonać się na własnej skórze czy warto.  Czasem słyszałam, że nauczę się jednego toku myślenia i jednej perspektywy. Z drugiej strony wiedza techniczna i doświadczenie trenera mogą Cię wiele nauczyć.

Pozytywnie zaskoczyło mnie podejście trenera, oraz jasność przekazywanych informacji. Jeśli jesteś totalnym laikiem, na pewno Ci się to przyda. Zapisałam się na kurs ABC fotografii do Polskiej Akademii Fotografii na Wyspach. Dwa dni kursu: jeden teoria, drugi praktyka- street photo i obróbka w Lightroom. Promocyjna cena 130 funtów.

Kurs zaczął się zupełnie inaczej niż tego się spodziewałam.

Myślałam że kurs, zacznie się na zasadzie „to tu jest przysłona, a tu ISO i jak masz tego gołębia to najlepiej ustawić przesłonę na..”. Czyli generalnie teoria. Jednak pierwsze słowa jakie usłyszałam, były o….INTUICJI. Tak dokładnie, o INTUICJI- czyli to o czym tak dużo piszę.

Baj de łej, słowo Intuicja i Art ostatnio mnie nieźle prześladują, na murach, reklamach, nawet kursach fotografii. Ciekawe czemu 🙂 Po odpowiedź odsyłam Cię Tutaj.

Warsztaty prowadził Mariusz Śmiejek, nie był on super śmieszny, ale miał śmieszne czerwone spodnie.  Na zdjęciach odkryłam że nosi je na każde szkolenie. Jeśli zobaczycie faceta w czerwonych spodniach z aparatem to pewnie On.  Jest fotografem z wieloletnim doświadczeniem, prawdziwym pasjonatem. Swoje warsztaty prowadzi na całych Wyspach Brytyjskich.

„Pierwsze 10 tysięcy zdjęć jest najgorsze. Słuchaj swojej intuicji!  Jeśli uważasz, że warto z fotografować dany moment, nawet jeśli nie wiesz jak to technicznie zrobić- zrób to.

Będzie to wypływać z Twojej INTUICJI”. – usłyszałam.

Wszystko fajnie, ale jak mam robić zdjęcia, skoro nie wiedziałam jak? Dla mnie zdjęcie to była jakość. Gdy zobaczyłam zdjęcia Tomasza Tomaszewskiego, wiedziałam o czym ten gość mówi.

Zdjęcia miały „to coś”, „ten moment”. Nie każde było super ostre, i „technicznie idealne”. A jednak miało coś w sobie. Chciałeś zawiesić na nich oko. Wniknąć w nie. Przeanalizować. Dostrzec historię.

 Pierwsza część szkolenia- w moim rozumieniu- miała być dla Nas inspiracją. Zrozumieniem tego „czym są zdjęcia”. Zdjęcia to emocje, historia, moment, jakość, światło. Nie tylko ustawienia funkcji. Wiele mówił o świeżym spojrzeniu na świat. O tym, jak z tego samego krajobrazu można wydobyć milion różnych efektów.

 „Często widzisz swoje zdjęcie, zanim je jeszcze zrobisz.”- powiedział.

To by się zgadzało, biorąc pod uwagę moje „co chwila zatrzymywanie się” bo „tu byłoby fajne zdjęcie”. Często przed zrobieniem zdjęcia, już wiem czy będzie czarno białe, kolorowe, jaki nadam mu klimat. Dostaliśmy wszystkie przydatne materiały, które technicznie pomogą nam zrozumieć działanie aparatu, oraz program, w którym możemy „z wizualizować zdjęcie” i pobawić się ustawieniami.

Dowiedzieliśmy się na czym polega kompozycja, jak wypełnić zdjęcie oraz na co zwracać uwagę przy robieniu zdjęć.

To czego dowiesz się na kursie to jedna sprawa, a to o co zapytasz podczas lunchu to druga 🙂

Nie byłabym sobą, gdybym nie przy atakowała Mariusza swoim milionem pytań o obiektywy, programy, nakładki i prawa autorskie. Najważniejsze, że cierpliwie odpowiadał haha.

Drugi dzień- czyli praktyka i street photo.

Najlepsza i zarazem najtrudniejsza część. Teraz trzeba wprowadzić w praktykę to wszystko, o czym mówił Mariusz. Najpierw poszliśmy do National Museum of Scotland.

Udało Nam się trafić na niesamowite światła, które były nie lada wyzwaniem.

 Miałam niezłą zabawę. Jest tam naprawdę wiele „dziwnych” i wyjątkowych figur i przedmiotów do fotografowania. Niestety w niektórych miejscach mój aparat technicznie nie dawał rady. Za niskie ISO nie radziło sobie w ciemnych pomieszczeniach.  Dzięki temu zmobilizowałam się do kupienia kolejnego aparatu Nikona D3100, którym mogę kręcić filmy. Kolejne wyzwanie przede mną 🙂

Następnie przeszliśmy na Grassmarket, oraz w stronę zamku. Na jednej z ulic poznałam wyjątkową litwinkę Auste, która zgodziła się być przez chwilę moją modelką. Wcześniej robiłam jej zdjęcia z ukrycia- wtedy ludzie nie wiedzą co robisz i zachowują się naturalnie. Jeśli Cię zobaczą, odsuwają się albo peszą. Musisz być trochę incognito jak James Bond.

ABC Fotografii był moim pierwszym kursem.

Wyciągnęłam z niego bardzo dużo przydatnej wiedzy, oraz świeżego spojrzenia na to czym jest fotografia. Po ukończeniu kursu dostaliśmy certyfikaty, zrobiliśmy wspólne zdjęcie. Doszłam do wniosku, że największym wyzwaniem dla mnie w robieniu zdjęć wcale nie są funkcje aparatu.

Największym wyzwaniem jest uchwycić moment. Zrobić takie ujęcie, aby osoba na zdjęciu nie wiedziała, że jest fotografowana. Przemyśleć zdjęcie, zwrócić uwagę na światło, tło. Przeanalizować jak będzie wyglądać to na komputerze w programie. Czasem nie ma na to czasu, i robisz zdjęcie Intuicyjnie. Zdarza się że zdjęcia, które zrobiłam i myślałam że będą „te najlepsze”, po przerzuceniu na komputer okazują się tymi „średnimi”. W dużej rozdzielczości wyłaniają Nam się inne perełki.

Odkryłam że „człowiek aparatem” dla większości osób znaczy „zejdź mu z drogi i daj zrobić zdjęcie”. Jak chcesz kogoś przepłoszyć, to najlepiej stań obok z aparatem. Kto wie,  może kiedyś się spotkam się z Tobą i razem zrobimy jakiś projekt? Więc nie uciekaj proszę 🙂